Udostępnij

W kolejnym tekście o kobiecie na krańcu świata przeniesiemy się w piękne scenerie Meksyku, Aruby czy Puerto Rico. Rozmawiam z Natalią Białką, która przez całe 9 miesięcy, pracowała na pływającym kolosie i zwiedzała miejsca, o których wcześniej nie marzyła. Zapraszam w takim razie w cudowny rejs…

W kolejnym tekście o kobiecie na krańcu świata przeniesiemy się w piękne scenerie Meksyku, Aruby czy Puerto Rico. Rozmawiam z Natalią Białką, która przez całe 9 miesięcy, pracowała na pływającym kolosie i zwiedzała miejsca, o których wcześniej nie marzyła. Zapraszam w takim razie w cudowny rejs…

Rafał Uryzaj (Serwis-Masażysta): Natalio znamy się nie od dziś. Miałaś dobrą pracę w jednym z najlepszych hoteli w Sopocie. Co spowodowało, że zdecydowałaś się wyjechać do pracy na statku?
Natalia Białka:  Tak to prawda, pracowałam w Grand Hotelu, praca marzeń, bo dopiero co po otrzymaniu dyplomu. Na dwa miesiące przed końcem roku szkolnego zaczęłam wysyłać CV drogą internetową do salonów, hoteli, wszędzie gdzie widziałam oferty pracy dla masażystek. No i stało się; pewnego pięknego dnia leżałam na plaży w Gdańsku i zadzwoniła Pani manager z Grand Hotelu zapraszając mnie na rozmowę. Za godzinkę dostałam kolejny telefon, tym razem ze statków. Pani z biura w Pucku zaprosiła mnie na rozmowę w Gdyni za 2 tyg. o ile dobrze pamiętam.

R.U:  Jak wyglądała droga do tego aby dostać taką pracę? Było trudno? Czy jest wielu chętnych do takiej pracy?

N.B.: Najpierw musiałam przygotować wszystkie dyplomy zawodowe i dodatkowe oraz referencje z praktyk, oczywiście wszystkie również w języku angielskim. Czekałam na akceptację mojej kandydatury i doczekałam się rozmowy rekrutacyjnej w Gdyni pod koniec czerwca. Przed spotkaniem dostałam szereg wskazówek pomocnych podczas rozmowy, nawet wyglądu czyli czerwona szminka i włosy upięte idealnie w shinion 🙂 Kandydaci mieli przygotować o sobie kilka zdań, opowiedzieć o doświadczeniu, dlaczego akurat praca na statku jest dla nas itp. Szczerze mówiąc to przed rozmową spałam 3h, nie przygotowałam się ani trochę, nie wierzyłam w to, że mogę się dostać, ale mimo to chciałam iść z ciekawości i zobaczyć jak wygląda rozmowa i cały proces rekrutacyjny. Będąc na miejscu przeraziłam się determinacją masażystek, kosmetyczek i trenerów personalnych, których tam zastałam. Niektórzy marzyli o tej pracy od dziecka, ja dowiedziałam się o niej miesiąc wcześniej. Byłam zagubiona siedząc i słuchając, że jednego poranka budzę się w Miami, następnego w Key West. Nie wierzyłam, uśmiechałam się i miałam wrażenie, ze słucham jakiejś bajki dla dzieci 🙂 Po spotkaniu nadszedł czas na „praktykę”. Najpierw z angielskiego, krótkie testy na poziomie dla początkujących. Następnym etapem było wykonanie masażu. Dobieraliśmy się w pary i każdy miał po ok. 20 min. Stoły nie były stołami do masażu tylko zwykłymi ławkami z prześcieradłami, które musieliśmy ze sobą wziąć. Ze sobą mieliśmy mieć też własne środki poślizgowe. Jak zobaczyłam poziom tej rozmowy zaczęłam się dosłownie śmiać. Każdy był skupiony i zestresowany, a ja stwierdziłam, że nie chce brać w tym udziału. Jak praca ma też taki poziom jak rekrutacja to ja dziękuję, zrobię swoje, przejdę te etapy podczas spotkania i wracam do Granda:)

Kolejnym etapem była rozmowa z „załogą” ze Steinera. Tutaj stres sięgał zenitu bo trzeba było wyjść przed grupę osób, które aplikowały, łącznie ok 50 osób. Na tablicy zamieszczone były pytania, na które każdy odpowiadał. Tutaj najchętniej schowałabym się pod ziemię, bo mój angielski był słaby, wstydziłam się wręcz mówić po angielsku, czułam jak nogi mi się trzęsą, a głos drży:) Ostatecznie wypadłam dobrze, zrozumieli mnie, a to najważniejsze (śmiech). Dodatkowo przemawiał za mną fakt, że pracuję w 5-gwiazdkowym hotelu, w którym, jak skłamałam sprzedaje produkty detaliczne po każdym masażu i nie mam z tym większego problemu. Oznaczało to oczywiście, że mogę się dostosować do reguł na statku, mogę pracować jak mały robocik, masować, sprzedawać, pracować po 12 godzin z uśmiechem, bo następnego dnia mam wolne w tak pięknym porcie jak np. Aruba. Trochę ironizuje, bo 80% rozmowy z załogą  polegało na przedstawianiu jakie to cudowne życie panuje  na statku, mówiono o poznawaniu świata, a o pracy mówiło się niewiele. Głównie naciskali na sprzedaż produktów, a o masażu jako pasji nie wspominano.

R.U.: Miałaś chwile zastanowienia po otrzymaniu pracy czy to na pewno dobry pomysł?

N.B.:  Po kilku dniach dostałam odpowiedź, że się dostałam i zaczynam Steiner akademię w październiku w Londynie. Oczywiście, że się zastanawiałam. Miałam świetną pracę, ludzie w pracy cudowni więc nie chciałam przerwać tej sielanki, choć na samą myśl, że statki to okazja do masowania i zwiedzania oczywiście przeważyła i zdecydowałam się polecieć do Londynu na szkolenie. Następnie badania, viza, test z angielskiego w Pucku. Wszystko musiałam szybko pozałatwiać i od tego momentu miałam miejsce w akademii.

R.U.:  Jak wyglądała akademia Steiner w Londynie? Co tam sie działo i jaki czas tam spędziłaś?
N.B.: Akademia w Londynie trwała 6 tygodni. Pierwsze dwa dni były organizacyjne i każdy musiał zaprezentować się przed ludźmi, którzy decydowali o tym jaki statek zostanie nam przyznany. Co tydzień mieliśmy testy z masaży i standardów, których uczyli nas oraz z produktów, które będziemy sprzedawać. Udało mi się za pierwszym razem wszystko zaliczyć, w zamian za co otrzymałam dyplomy z masaży gorącymi kamieniami, bambusów, stempli ziołowych i zabiegów na ciało z algami. Zajęcia odbywały sie od poniedziałku do piątku przez około 8 godzin. Obejmowały zagadnienia z masażu, sprzedaży, prezentacji, spa tour-ów czyli prezentacji oferty spa podczas pierwszego dnia rejsu.

Każdego piątku było wielkie sprzątnie akademi tzw. ‚port clean’ przygotowujące nas do sprzątania SPA ostatniego dnia rejsu. W każdy czwartek na sali mieliśmy przyznawane statki. Każdy czekał w niecierpliwości i lekkim stresie przed wielką niewiadomą.  Co poniedziałek do akademii przyjeżdżali nowi studenci, dlatego jeśli ktoś miał rodzinę lub znajomych w Londynie mógł poczekać na statek w domu, gdyż nie było tyle miejsca w YMCA czy w domach rodzin, które nas przyjmowały. Ja osobiście nie polubiłam akademii. Było tam za dużo stresu i presji w związku z naciskiem na szkolenie ze sprzedaży produktów. Wybierając statki chciałam przede wszystkim masować 🙂 Skłamałam, że mam rodzinę w Londynie, zostawiając swój numer telefonu w razie gdyby przyznano mi statek. Trzy dni później nie usłyszałam telefonu gdyż byłam zajęta szukaniem pracy w Londynie.  Po dwóch dniach szukania pracy, dostalam ją poznając ludzi „aniołów”, którzy nie tylko dali mi stanowisko w SPA, ale również lokum 🙂 Polacy byli dla mnie bardzo pomocni. Okazało się, że mój statek, na którym powinnam być od listopada „trafił” do kogoś innego. Musiałam w tym czasie czekać na następny, pracując w hotelu holiday inn w centrum Londynu. Kolejne doświadczenie w kieszeni. Wypłynęłam wreszcie grudniu na Florydę. Na temat statku za dużo nie wiedziałam; nie miałam pojęcia co się będzie działo, ani jak naprawdę wygląda praca.

R.U.: Jakie były Twoje pierwsze wrażenia kiedy znalazłaś się już na statku?
N.B.: Byłam w Tampie, czekałam w porcie kilka godzin bo był sztorm i statek się spóźnił. Zmęczona po ponad 20-godzinnej podróży, w wielkim stresie doczekałam się, przypłynął ufff. Był wielki, przeogromny. Pamiętam jak mi serce waliło, nie mogłam w to uwierzyć, że na kolejne 9 miesięcy to ten kolos będzie moim domem. Czułam się jak w filmie science fiction, jakbym przeniosła się do innego świata. Pierwszego dnia zaczęłam pracę jednak za dużo niestety nie rozumiałam:) Moja bariera językowa okazała się większa niż myślałam. Na statku w załodze było większość brytyjek jednak na szczęście były też dwie polki, które bardzo mi pomogly!

Po 7 tygodniach pracy na Carnival Legend dostałam transfer na statek Sunshine. Śmieszne jest to, że każdego ranka będąc jeszcze na statku Carnival Legend witałam się z ekipą ze spa: „hello, good morning sunshine”. Można zatem powiedzieć, że  wykrakałam sobie swój transfer:) Różnica pomiędzy statkami była nie do opisania. Zanim dotarłam na nowy statek spędziłam dwie noce w hotelu w Tampie. Następnie przelot do Key West. Po drodze zobaczyłam „polish pierogi” i polską flagę –  cudowne uczucie. Miałam ogromne szczęście, bo SPA na statku Sunshine jest jednym z dwóch najładniejszych i najnowocześniejszych z wszystkich 24 carnivali. Profesjonalne, piękne SPA. Znów w czepku urodzona Natalia 🙂

R.U.: Czy praca tam jest rzeczywiście taka wyczerpująca?
N.B.: Pracowaliśmy od 7.30 do 21.30 w tym mając jedną godzinę na lunch i jedną na obiad co dawało około 70 godzin tygodniowo. W ciągu 7- dniowego rejsu jeden dzień mieliśmy wolny rozbity na połówki. Mówiąc inaczej miałam wolne po godzinie 14 w porcie dwa razy w ciągu  jednego rejsu. Praca jest wyczerpująca fizycznie, bo podczas tzw. „sea day”, kiedy nie dopływaliśmy do żadnego portu, masowaliśmy od 8 rano do 22. Sunshine miał świetnie wyposażone SPA dlatego klientów było mnóstwo. Podczas tego kontraktu zrobiłam około tysiąca masaży. W okolicach 6 miesiąca pracy na statku czułam ogromne wyczerpanie fizyczne i psychiczne. Dawały się we znaki tęsknota za rodziną, przyjaciółkami, nawet za oknem!, którego w mojej kabinie brakowało. Tęskniłam za wolnymi wieczorami, deszczem czy słońcem budzącym mnie z rana. Kiedy rozmawialiśmy między sobą  o rzeczach, których nam brakuje to zawsze śmialiśmy się, że brzmimy jak więźniowie. Czasem mówiłam, że statek to więzienie z rozrywkami typu Jamajka, Bahamy itp. W pracy na statku bardzo dużo zależy od managera w SPA. Poprzednia pani manager z RPA miala fajne podejście do człowieka, skupiała sie na jakości masaży, a nie tylko na sprzedaży produktów. Kolejna natomiast nastawiona była głównie na sprzedaż, co bardzo nas irytowalo. Niestety taki charakter pracy i musieliśmy się podporządkować.

R.U:  Czy miałaś czas dla siebie, na zwiedzanie, na relaks?
N.B.: Tak jak mówiłam, mieliśmy dwa razy po pół dnia wolnego, więc wychodziliśmy do portów, zwiedzaliśmy, pływaliśmy z delfinami, skakaliśmy z samolotów i robiliśmy wiele różne rzeczy, o których wcześniej nie marzyłam. Dlatego życie na statku jest tak intensywne, bo mimo zmęczenia, wiedząc, że jesteś w Arubie wstajesz po 4 godzinach snu, biegniesz na plaże, smakujesz wszystkiego co nowe, robisz zdjęcia, kupujesz pamiątki i pędem z powrotem na statek, szybki prysznic, przygotować się do pracy i zaczynasz znów do 22. Później impreza, bo wiadomo, ponad tysiąc osób załogi więc prawie codziennie ktoś ma urodziny, ktoś kończy kontrakt, ktoś jeszcze coś i  coś 🙂 Tak mija tydzień za tygodniem. Na statku mieliśmy restauracje, teatr, wystawiane były spektakle, była siłownia. Kiedy miałam wolne to mogłam „wypróbować” zabiegi z naszego Spa. Można było się zrelaksować się po pracy, tylko czas pędził 5 razy szybciej niż na lądzie:)

R.U. : Które z odwiedzanych miejsc najbardziej zapadło Ci w pamięć?

N.B.: Hmmm jest ich mnóstwo. Nowy Orlean fajnie wspominam, bo co niedziele w porcie chodziliśmy do tej samej kawiarenki na rytualną kawę ze znajomymi, na każdym rogu byli muzycy, z balkonów puszczane bańki mydlane spadajace na ziemie. Key West z kolei to miasto tętniące życiem, cywilizacją, a nie tylko plaża jaką głównie widzieliśmy w portach:) Był tam Polish Pierogi Market, w którym pracowali sami Polacy, więc zrobiłam odpowiednie zakupy, kupiłam nawet toruńskiego piernika, a wieczorem, wiadomo Polish cabin party:)
Uwielbiam Puerto Rico, miejscowi są gościnni, otwarci, a stolica San Juan z zamkiem na wzgórzu, z którego był zapierający dech w piersiach widok na miasto,po prostu pięknie. Aruba, Curasao  – do nich również mam sentyment, bo czuliśmy Europe:) Brakowało nam „normalności” więc każda uliczka, z piekarnią, pocztą i kwiaciarnią była dla nas atrakcją. Jak sobie pomyśle, że będąc na Karaibach cieszyły mnie rzeczy, na które nie zwracasz uwagi, a już na pewno nie wywołują takich emocji jak tam to śmiać mi się chce. Jamajka – tam zawsze „no problem”. Ludzie wyluzowani w 100% i przy okazji namawiający do zielonego wyluzowania na każdym kroku. Jamman i reggae nadawała rytm, ludzie mają tam swoje tempo, nikt się nie spieszy, każdy jest uśmiechnięty i wydaje się, że nie mają tam żadnych problemów. Belize i Bahama to bardzo ubogie miejsca. Jest tam dużo bezdomnych, opuszczonych popsutych domów. Utkwiło mi to w pamięci, bo wyrwana byłam od tych wszystkich złych wiadomości o wojnach, biedzie itp. a tam jakbym się na chwilkę obudziła z tego snu, w którym widziałam jak dotąd tylko szczęśliwych, cieszących się rejsem ludzi.

R.U.: Czy spotkały Cie jakieś nietypowe sytuacje, przygody?

N.B.: Przygody? Nigdy nie myślałam, że będę pływać, głaskać i nawet całować delfina w Meksyku. W Hondurasie miałam dwie małpki na sobie i tak im sie spodobało jak ułożyłam ręce jak dla dziecka, że nie chciały zejść ze mnie i mnie gilgotały, a ja nie mogłam ze śmiechu ustać na miejscu. W St Marteen mieliśmy super dzień, wynajęliśmy 3 jeepy, po drodze oczywiście tańcząc z wiatrem we włosach, dojechaliśmy na plażę, od której 5 metrów dalej jest lotnisko. Mieliśmy super zabawę. „Walka kurczaków” w wodzie przerywana dźwiękiem samolotu kilka metrów nad głowami; było absolutnie doskonale. Później pojechaliśmy na stronę francuską w góry, gdzie rozpościerały się piękne widoki na cały port. W Tortoli dojechaliśmy stopem do resortu The Baths, dodam, że było nas 15-ścioro. Wspinaliśmy się tam po skałach trzymając się za ręce, bo było bardzo niebezpiecznie, ale daliśmy radę. Wspieliśmy się na szczyty z magicznym widokiem i pamiętam, że pomimo iż było nas wielu to przez kilka minut panowała absolutna cisza, bo tak byliśmy zachwyceni pięknem natury. Później dobiegliśmy dosłownie 5 minut przed zamknięciem furtki na statkek. W Meksyku wynajęliśmy 4 quady i jeździliśmy wokół wyspy z półgodzinną przerwa na plaży. Byliśmy  tam tylko w czwórkę oraz pan, który rozbijał kokosy abyśmy mogli wypić z nich soczek. Mieliśmy mnóstwo różnych, ciekawych dni w portach, dzięki temu przetrwaliśmy ten kontrakt. Kilka godzin  na lądzie dawało nam dużo energii na kolejne kilka dni w pracy.

R.U.: Natalio jak słucha się Twoją opowieść to zapominam w ogóle, że ciężko tam pracowałaś 🙂 Czy w takim wypadku myślisz już o kolejnym kontrakcie lub kontraktach?
N.B.: (śmiech)  to prawda. Po trzech tygodniach pobytu w Polsce także zapominam o tym; oczywiście pozostały jednak wspaniałe wspomnienia. Nawiązałam przyjaźnie z ludźmi z całego świata, widziałam miejsca o których nie marzyłam wcześniej, zdobyłam doświadczenie jako masażystka i co najważniejsze dla mnie, upewniłam się, że chcę się w tym rozwijać pomimo tego, iż na statku obraz pracy masażysty zupełnie odbiega od mojego ideału. Jednak wiadomo, że takie doświadczenia nas wzmacniają i uczą  prawdy o sobie samym. Na pewno zdecyduję się na kolejny kontrakt jednak jeszcze nie zdecydowałam kiedy. Muszę nacieszyć się rodziną, przyjaciółmi i naładować baterie na kolejne 9 miesięcy „więzienia z rozrywkami”.

R.U.: Co powiedziałabyś osobom które zastanawiają się nad pracą na statku? Jakieś wskazówki czy porady jako osoba mająca już pewne doświadczenie w tej materii??
N.B.: Chcę powiedzieć, że jest to świetna okazja do poznawania świata, ludzi każdej narodowości i kultur.  Jeśli ktoś jest otwarty i towarzyski to na pewno sobie poradzi psychicznie. Fizycznie będzie ciężko, ale kilka wolnych godzin na Arubie czy w Meksyku uświadamiają Ci, że jest to wspaniałe doświadczenie, sprawdzenie siebie i swoich możliwości. Mimo, że czasem brakuje Ci siły, zaczynasz narzekać i nie doceniasz tego co wokół Ciebie to w tym momencie warto pomyśleć, że w tym samym czasie w Polsce ludzie pracują ciężko, za  dużo mniejsze pieniądze bez tak łatwej możliwości poznawania świata jak my. Na statku nie martwimy się o pracę, bo ona jest. Trzeba tylko mieć naładowane baterie energetyczne i starać się czerpać z tego przyjemność. Każdy klient to inna historia, a zawód masażysty jest o tyle ciekawy jeśli robisz to z uczuciem do ludzi. Pomimo tego „systemu sprzedaży”, całej rutyny statkowej, możesz się obronić swoją wewnętrzną siłą, którą jest pasja i miłość do tego co robisz. Tak naprawdę wszędzie mogą chcieć nas zmienić bez względu czy to Karaiby czy Polska, ale jak jesteś wierny swoim zasadom i przekonaniom to stojąc na lotnisku z bagażami pełnymi pamiątek, z głową pełną wspomnień i sercem pełnym cudownych uczuć, jesteś tak z siebie dumny, że sie odważyłeś, przetrwałeś mimo wszystko 9 miesięcy i wzmocniłeś się kolejny raz.

R.U.: Natalio gdybym ja się zastanawiał nad wyjazdem to przekonałabyś mnie w sekundę. Pięknie to podsumowałaś dlatego ja nie dodam już nic od siebie, a Tobie dziękuje mocno za rozmowę, która dla mnie była jak piękna podróż i rejs w nieznane.

Podobne tematy:

Kobieta na krańcu świata – Australia

Kobieta na krańcu świata – Meksyk

Kobieta na krańcu świata – Islandia


Udostępnij

Komentarze

komentarze