Portret użytkownika Redakcja

Znachorskie lobby w parlamencie

Od czterech kadencji nie może przebić się pod obrady Sejmu ustawa, która wyeliminowałaby z rynku żerujących na ludzkim cierpieniu pseudomedyków i oszustów. Projekt ustawy, o którą od lat zabiega środowisko medyczne, złożonej 27 marca przez PiS, czeka na decyzję marszałka Komorowskiego. Czy szarlatani i oszuści nadal pozostaną bezkarni?

Ofiarami ich praktyk padają w Polsce rocznie setki, może tysiące osób, przypłacając wizyty u uzdrawiaczy kalectwem, a nawet śmiercią. W Łodzi kręgarz, z zawodu geograf, złamał niedawno choremu kręgosłup. Mężczyzna miał tam umiejscowiony nowotwór. Znachor podjął się „naprawienia” bolesnych kręgów, nie znając nawet wskazań lekarskich. W Warszawie dwie osoby przypłaciły wizytę w salonie masażu paraliżem. Masaż miał jedynie przynieść ulgę w bólach mięśni i krzyża. Ile osób umiera na nowotwory, zawierzając znachorom, którzy „leczą” naftą oczyszczoną, hubą, preparatami z torfu i tym podobnymi specyfikami, nikt nie wie. To ciemna, tragiczna liczba.

Jak mówił mi kiedyś profesor Jacek Pawlicki z Kliniki Onkologii w Krakowie, który zajmował się badaniami nad niekonwencjonalnymi metodami leczenia raka, najgorsze w korzystaniu ze znachorskich metod jest to, że pacjenci rezygnują z leczenia cytostatykami (chemioterapii), wierząc w cudowną moc metod „uzdrawiaczy”. Gdy potem wracają do gabinetów onkologicznych, zwykle jest już za późno. Czas bowiem w leczeniu nowotworów ma podstawowe znaczenie.

 

PO zablokuje ustawę?

Zniechęceni kolejkami do specjalistów, brakiem postępów w leczeniu, umęczeni bólem chorzy chwytają się każdej, choćby iluzorycznej szansy, która ulżyłaby cierpieniu i przedłużyła życie. Jeśli znachor pomoże kilku ludziom, wiadomość o tym rozchodzi się lotem błyskawicy. Często poprawa jest wynikiem efektu placebo (pomaga nie specyfik, lecz wiara w wyzdrowienie). Nikt natomiast nie wie, ilu ludzi ucierpiało wskutek takich praktyk.

„Uzdrawianie” to dochodowy biznes. Wizyta u znachora kosztuje od 100 do 500 zł. W Polsce jest około 145 tys. lekarzy. Pseudomedyków żyjących z tzw. medycyny naturalnej – około 80 tys. 22 lata zabiegam o uniemożliwienie różnego rodzaju szarlatanom i oszustom stosowania ich praktyk na ludziach. Projektem ustawy, która wprowadzałaby takie przepisy, zajmowali się bez rezultatu posłowie czterech ostatnich kadencji parlamentu. W poprzedniej projekt tej ustawy – „o niektórych zawodach medycznych”, złożony przez rząd PiS, przeleżał w komisji zdrowia aż do rozwiązania Sejmu. Teraz ponownie został złożony przez PiS, ale właśnie dowiedziałem się, że prace nad podobną ustawą trwają także w resorcie zdrowia. Mam obawy, czy aby projekt nie stanie się przedmiotem przetargów politycznych. A jest to ustawa wyjątkowo apolityczna, normalizująca zgodnie z ustaleniami wynikającymi z wejścia Polski do UE pracę i edukację blisko 400 tysięcy fachowych pracowników ochrony zdrowia – mówi „GP” prof. Zbigniew Śliwiński, krajowy konsultant w dziedzinie fizjoterapii.

Chodzi o 21 zawodów medycznych, których specjaliści byliby rejestrowani. Ustawa wprowadzałaby kontrolę nad usługami medycznymi i paramedycznymi. Przyjeżdżający do Polski rozmaici znachorzy z Białorusi, Ukrainy, między innymi tzw. kręgarze i ich krajowi konkurenci, nie mogliby już bez żadnej odpowiedzialności przyjmować chorych. Każdy, kto otwierałby działalność gospodarczą w zakresie usług medycznych, musiałby posiadać numer rejestracyjny. A jeśli znachor nieuprawnionymi praktykami doprowadziłby chorego na przykład do kalectwa, musiałby wypłacić mu odszkodowanie, a nawet sfinansować rentę i groziłaby mu utrata licencji.

27 marca złożyliśmy projekt ustawy do marszałka Komorowskiego. Teraz będziemy ponaglać, by nadał jej numer druku sejmowego i wprowadził pod obrady. Gdyby weszła w życie, żaden znachor nie mógłby w ogłoszeniu prasowym przedstawiać swoich usług jako medycznych, gdyż groziłaby mu za to odpowiedzialność prawna. Jeśli PO odrzuci ustawę naszego autorstwa, a będzie forsować swoją, sprawa znów się odwlecze, a środowisko medyczne czeka na nią od dawna – mówi „GP” Tomasz Latos (PiS) z sejmowej komisji zdrowia.

 

Paraliż po masażu

Stefan Dębski wstąpił do salonu masażu Vitalmassarium w Warszawie, gdyż bolały go mięśnie karku i kręgosłupa. To było 28 grudnia ub.r. Rejestratorka dała mi karteczkę, na której było pytanie, czy przeszedłem jakieś choroby i operacje. Wpisałem, że miałem zawał serca i że mam wszczepiony rozrusznik. Powiedzieli mi, że masaż nie daje żadnych skutków ubocznych. Po pięciu minutach już leżałem na łóżku do mechanicznego masażu, pod którym przechodzi rząd podgrzewanych wałków kamiennych. Gdy wałki doszły do mojej szyi, poczułem silny ból. Chciałem się poruszyć, ale nie mogłem. Rejestratorka zawołała jakiegoś mężczyznę. Przybiegł z iskrownikiem, podobnym do zapalarki do gazu, przykładał mi to do mięśni i mówił, że niedowład zaraz przejdzie. Nie przeszedł – opowiada Stefan Dębski. Pogotowie zawiozło go do szpitala na Solcu. Prześwietlenie nie wykazało uszkodzeń kręgosłupa, jednak ponieważ chory miał częściowy niedowład, przewieziono go do Szpitala Bródnowskiego na oddział neurologiczny.

Tam dr Kuba Sienkiewicz zrobił mi badania. Objawy wskazywały na uszkodzenie kręgosłupa. Zawieźli mnie na badanie rezonansem magnetycznym. Okazało się, że miałem uszkodzone dwa kręgi w odcinku szyjnym – opowiada Stefan Dębski.

W karcie informacyjnej z Kliniki Neurochirurgii i Urazów Układu Nerwowego Wojewódzkiego Szpitala Bródnowskiego napisano, że 28 grudnia 2007 r. „po masażu kręgosłupa u Stefana Dębskiego wystąpił nagły niedowład połowiczny prawostronny z niedoczulicą lewostronną od poziomu C6. […] Przy przyjęciu w badaniu neurologicznym cechy połowicznego uszkodzenia rdzenia po stronie prawej od poziomu C6, 4 stopień w skali niesprawności Nutricka”.

18 stycznia Dębski przeszedł operację. Wszczepiono mu implanty w miejsce uszkodzonych kręgów. Od lekarzy w Szpitalu Bródnowskim dowiedział się, że nie jest pierwszą osobą z uszkodzeniem kręgosłupa po masażu, jaka do nich trafia.

Przeszedłem długą rehabilitację. Mam połowę ciała martwą. Lekarze mówią, że może to potrwać rok, ale może też nie ustąpić w ogóle – mówi Dębski. Wystąpiłem do właścicieli o odszkodowanie – dodaje. Jolanta Staszewska, menedżer i współwłaściciel Vitalmassarium, stwierdza, że to niemożliwe, by po masażu na łóżku pękł kręg. Kamienne wałki chodzą pod nakryciem łóżka, nie dotykają kręgosłupa, tylko mięśnie.

W salonie stoi 14 łóżek produkcji koreańskiej. Właściciel, Stanisław Surdel, mówi, że podobne salony ma w Szwajcarii i w Niemczech. Zarówno właściciel, jak i współwłaścicielka nie mają wykształcenia medycznego. Dlaczego w salonie nie ma lekarza i nie wymaga się wskazań lekarskich? Bo nie jest to placówka rehabilitacyjna, tylko poprawiająca kondycję fizyczną. To nie jest leczenie, lecz profilaktyka – mówi Stanisław Surdel. Mechanoterapię można stosować u ludzi zdrowych. Jeśli ktoś cierpi na chorobę dyskową lub na przykład ma osteoporozę, decyzję, czy i jaki masaż można zastosować, powinien podjąć lekarz specjalista. W przeciwnym razie grozi to poważnymi komplikacjami – mówi prof. Śliwiński.

Obecnie niemal każdy może zarejestrować działalność gospodarczą o specjalności „masaż” i w razie wystąpienia urazu nie wiadomo, kto ma odpowiadać – klient czy właściciel – ponieważ brak przepisów, które by to określały. Pamiętam, jak do Biura Pracy zwrócił się o dofinansowanie działalności medycznej stolarz, który zamierzał otworzyć gabinet terapii manualnej. Gdyby weszła w życie wspomniana ustawa, wyeliminowałaby takich ludzi – mówi prof. Śliwiński. W Polsce jest około 150 szkół o kierunku fizjoterapeutycznym, a tylko 68 z nich ma akredytację Państwowej Komisji Akredytacyjnej przy Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Powstają jak grzyby po deszczu, bo dla właścicieli to czysty zysk, żyją z czesnego. A czy opuszczają je fachowcy? W Polsce nie ma aż tylu wykwalifikowanych wykładowców, by zapewnili w nich edukację przyszłych fizjoterapeutów. Dlaczego więc w 2007 r. przyjęto w Polsce na pierwszy rok studiów na kierunek fizjoterapia prawie 12 tysięcy osób, a w tym roku planuje się przyjęcie blisko 15 tysięcy? Nie ma takiego zapotrzebowania na rynku. Ustawa uporządkowałaby system edukacji w zawodach medycznych – dodaje profesor.

 

Bezkarni masażyści

Kolejna ofiara masażysty, Tomasz M., jak się okazało miał krwiak przy rdzeniu kręgowym. Masażysta nawet nie spytał o wskazania lekarskie, nie zażądał badań. Podczas zabiegu błogość nagle zmieniła się dla Tomasza M. w piekło – krwiak niespodziewanie pękł. Mężczyzna jest niemal całkowicie sparaliżowany.

Także 77-letnia Regina M. spod Warszawy na własnej skórze odczuła skutek wizyty masażysty. Kobieta podczas schylenia się poczuła ból. Zadzwoniła do wykwalifikowanego fizjoterapeuty. Ten zamiast wysłać kobietę do lekarza, podjął się masażu, po którym kobieta poczuła się jeszcze gorzej. Okazało się, że ma osteoporozę, która spowodowała pęknięcie jednego z kręgów lędźwiowych, a masaż jeszcze je pogłębił. Kobieta spędziła kilka dni w szpitalu, teraz chodzi w specjalnym gorsecie.

Masażysta nie powinien podejmować się zabiegu bez konkretnych wskazań lekarza. Teraz nikt o to nie dba, tylko inkasuje pieniądze. Nie ma ustawy, więc nie ma ryzyka, że poniesie odpowiedzialność – mówi prof. Zbigniew Śliwiński.

autor:

Leszek Misiak

źródło:

Gazeta Polska, Serwis-Masażysta.pl

przedruk z:

Wirtualna Polska, Serwis-Masażysta.pl

link:

 

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ilość ocen: 0